Narodziny

- Oczywiście doktorze, doskonale pamiętam tamten dzień...

Był 24 lutego, godzina siedemnasta. Moja ukochana żona, Katarzyna rodziła. Pamiętam... Ostre światło szpitalnych lamp, zapach potu i środków dezynfekcyjnych. Twarz mojej Katarzyny wykrzywiona cierpieniem. Jej ręka kurczowo ściskająca moją. Okrzyk bólu. I płacz... Płacz dziecka. Położna podająca nam niemowlę. Nowe życie. Mój syn. Pierworodny. Jest śliczny. Jego malutka, pucołowata twarzyczka, czuprynka jasnych zmierzwionych włosów. Wesołe, błękitne oczy. Uśmiecha się. Patrzę na moją Katarzynę. Jest szczęśliwa. Nasz syn. Jest piękny.

Tydzień później siedziałem w salonie. W murowanym kominku wesoło trzaskał ogień. Patrzyłem na płatki śniegu wirujące za oknem. Przede mną stół nakryty białym obrusem. Na stole świąteczna zastawa, srebrne sztućce. Świeży chleb, świece i butelka francuskiego wina. W progu staje moja Katarzyna. Ma na sobie najlepszą suknię. Na specjalne okazje. Uśmiecha się. Stawia na stole srebrny półmisek. Danie na które czekaliśmy całe dziewięć miesięcy.

Donat Szyller.

powrót