Sabat

Ta noc dała się chyba wszystkim we znaki. Odwołano wszystkie loty samolotów a na dodatek z powodu silnego mrozu firmy taksówkowe były zamknięte. Nic dziwnego, że kto żyw wiał z lotniska. Z walizką pod pachą wyszedłem na ulicę. Miałem duże szczęście - jakiś dobry człowiek podwiózł mnie w pobliże domu. Wysiadłem na ulicy ciągnącej się łukiem do mojego domu na przedmieściach Hanoweru. Przy temperaturze -10 człowiek pędzi do domu jak burza. Chcąc iść na skróty wszedłem do lasu. Czyż to nie dziwne, że mieszkając prawie pięć lat w pobliżu tego lasu ani razu tu nie zajrzałem? Cóż za dużo pracuję. Coraz ciężej przeciskałem się przez zarośnięte ścieżki. Jedyne co dodawało mi otuchy to ciepły posiłek w domu i kochająca żona... Nagle wyszedłem na w miarę dobrze ubitą ścieżkę. Było jasno od księżyca w pełni. Choć ścieżka nie była mi za bardzo po drodze postanowiłem z niej skorzystać. Już po pięciu minutach zauważyłem dziwną rzecz. W lesie grała muzyka ! Kto przy zdrowych zmysłach przy takim mrozie wychodzi z domu. I do tego ta muzyka. Powoli zbliżałem się do jej źródła. Wyraźnie było można odróżnić poszczególne instrumenty. Bęben wybijał rytm w takt którego przygrywały skrzypce i fujarka. Znalazłem się przy małej polance. Pośrodku paliło się olbrzymie ognisko. Wokół niego tańczyło wiele kobiet poubieranych w stare szmaty. Lecz nie to mnie zaniepokoiło. Dziesięć stóp nad ziemią w powietrzu znajdowało się parę kobiet! Siedziały na miotłach! W takt muzyki tańczyły taniec, który można było porównać tylko do dzikich pląsów. Kobiety zebrane przy ognisku śpiewały piosenkę której słów nie rozumiałem. Podszedłem bliżej i skryłem się za krzakiem. Teraz mogłem się bardziej przyjrzeć temu obrzędowi. Trzynaście kobiet tańczyło przy ognisku. Orkiestra złożona z trzech instrumentów wisiała w powietrzu. Smyczek również wisiał w powietrzu... i sam grał na instrumencie! W górze zataczały kręgi trzy kobiety-czarownice. Jedna z nich przypominała mi Martę - moją żonę! Rytm przyśpieszył. Przeszedł teraz w jeden wielki łomot. Jedna z kobiet krzyknąła coś do pozostałych które natychmiast się zatrzymały. Wszystkie spojrzały w jedno miejsce - Na mnie. Serce mi podeszło do gardła. Nie dbając już o kamuflaż pędziłem ile sił w nogach. Wybiegłem z polanki i popędziłem w powrotnym kierunku (...)

* * *

Dom państwa Rich stał w szeregu innych mu podobnych. W oknie salonu paliło się migające światło...Spokój zakłócił człowiek idący ulicą. Szedł spokojnie jednym tempem. Podszedł do tego domu i powoli zmęczonym krokiem przeszedł przez trawnik zasypany teraz śniegiem. Otworzył drzwi.

* * *

Marta siedziała na fotelu i czytała książkę. Usłyszała hałas przy ganku. W drzwiach pojawił się jej małżonek. Zmęczony i przemarznięty wszedł do salonu.

- Dlaczego nie poleciałeś ?- spytałam.

- Odwołali wszystkie loty aż do rana. Nici w konferencji - Odpowiedział zdejmując przemoczony płaszcz. - Idę się przespać. Nie zdążyłam nawet się spytać dlaczego wygląda jakby się turlał w śniegu. Wzięłam książkę i rozpoczęłam nowy rozdział. Chwilę potem przebrany w suche rzeczy zszedł z piętra domu. Podszedł do kominka w którym radośnie trzaskało drewno.

- Marto, czy ty... ?- Spytał się przerywając w pół.

Ich spojrzenia się spotkały.

- Eee... nie możliwe. - dokończył. Wstał i poszedł na górę.

- Dobranoc

Chwilę siedziałam wpatrując się w kominek. Swoimi długimi paznokciami zaczęłam wystukiwać rytm o stolik. Sięgnęłam do kieszeni wydobywając niewielką brzozową gałązkę. Jaszcze nie zdążył stopnieć na niej śnieg. Wrzuciłam go do kominka gdzie powoli zajęła się ogniem.

* * *

Kobieta przestała wybijać rytm palcami. Chwyciła telefon i wstukała numer. Chwilę poczekała. Słychać jedynie było jej cichy głos.

- Tak. U mnie w porządku. Do następnej pełni... - zakończyła i odłożyła słuchawkę.

 

Sir Bob Ethernberry

powrót